18 marca 2025

Literatura i... film. "Sprostowanie" ["Disclaimer"]

 "Możemy porozmawiać potem..."

Od czasu, gdy obejrzałam film "Tár", zaliczam się do wielkich zwolenniczek Cate Blanchett. Już o tym pisałam kiedyś, o tym, jak szukałam filmów z Jej udziałem nie tylko na platformach streamingowych, ale i na wydawnictwach DVD. I z każdym kolejnym filmem utwierdzałam się w opinii, że Cate jest niezwykłą Osobowością w światowym kinie.

Czy mogłam zatem spokojnie przejść do porządku dziennego nad faktem, że serial Alfonso Cuaróna "Disclaimer" [polski tytuł: "Sprostowanie"] z ostatnią rolą Cate jest dla mnie niedostępny, bo nie mam abonamentu platformy, która jako producent serialu zapewne zastrzegła sobie wyłączność?

No, nie.

Czego się nie robi dla Cate…


7 odcinków, ok. 6 godzin oglądania. Połknęłam w jeden dzień (i pół nocy).

I chociaż minęło kilka dni, wciąż jeszcze trudno mi zebrać myśli.


Świetna nie tylko Cate, także Kevin Kline. Bardzo dobrzy partnerujący im aktorzy, o których trudno powiedzieć, że są postaciami drugiego planu. Ten pierwszy plan jest w serialu naprawdę szeroki.

Pięknie uzupełniająca obraz muzyka Finneasa O'Connella.


Plakat do serialu zawiera komentarz do tytułu: "The past always find you"

Czy naprawdę?

Ja powiedziałabym, że rozkosz bogów lepiej zostawić w ich gestii.


Tak, jak to było w przypadku "Mężczyzny imieniem Ove", gdy odszukałam książkę, na podstawie której powstał film, tak i tym razem przyniosłam do domu książkę Renée Knight - "Sprostowanie" [Wydawnictwo Sonia Draga, 2015]


"Możemy porozmawiać potem..."

Te słowa padają pod koniec książki, wydają mi się szczególnie ważne.

Czy dobrze jest odwlekać to, co powinno być powiedziane od razu, we właściwym czasie. Są jednak takie sprawy, takie przeżycia, dla których nigdy nie nadchodzi ten właściwy czas. Przemilczane z obawy o reakcję. Ale także po to, żeby zapomnieć, odsunąć od siebie, uśpić emocje...


17 marca 2025

Literatura i... spotkanie autorskie. Anna Kamińska

Marek Jackowski
Marek Kotański
Halina Krüger-Syrokomska
Wanda Rutkiewicz
Simona Kossak

Co łączy te postaci? Pozornie nic.
A jednak, tylko pytanie należy postawić właściwie...

KTO łączy te postaci?

Anna Kamińska

Autorka książek biograficznych, która - w odwrotnej zresztą kolejności niż (celowo) podana wyżej -  wchodziła w świat tych osób, żeby o nich napisać.


Niedawna premiera filmu "Simona" na podstawie książki Pani Anny rozbudziła żywe zainteresowanie osobą Simony i jej światem - lasu, dzikich zwierząt. Jej nietuzinkową osobowością.

Sprawiła, że sięgnęłam po debiutancką biografię Pani Anny. A następnie po powstałą niejako obok "Simony" uzupełniającą i dopełniającą obraz miejsca i czasu "Białowieżę szeptem" [Wydawnictwo Literackie, 2017]

A lektury te zaprowadziły mnie dzisiaj do Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Poznaniu na bardzo ciekawe spotkanie z Panią Anną.


Jak było? Interesująco, inspirująco, poznawczo, a także miło i sympatycznie, bowiem Pani Anna jest otwartą i ciekawą Osobą, która doskonale zna temat i swoją wiedzę przekazuje w zachęcającej formie.


A na mnie wywarło wpływ dodatkowy, zaraz po powrocie do domu, zapominając o wodzie na herbatę wygotowującej się właśnie w kuchni, zaczęłam namierzanie w księgarniach pozostałych książek Anny Kamińskiej.

Strona Pani Anny: Anna Kamińska


16 marca 2025

Literatura i... zapach nowej książki. Astrid Lindgren - Dzieci z Bullerbyn

"Dzieci z Bullerbyn" to zdecydowanie książka mojego dzieciństwa. Do dzisiaj potrafię z pamięci klepać całej jej fragmenty. I uśmiecham się do tych swoich wspomnień. 

"Nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać." - tu tkwi, wyrażona przez Astrid tajemnica przewagi książki drukowanej nad ebookiem. Skąd Astrid wiedziała o tym prawie 80 lat temu?

 "Pani napisała do Sztokholmu i zamówiła dla nas książki. Pokazała nam kiedyś duży arkusz, na którym było moc prześlicznych obrazków, przedstawiających okładki różnych książek z bajkami. Mogliśmy wybrać sobie książki, które chcielibyśmy kupić. Ja zamówiłam dwie, a Lasse i Bosse też po dwie. Na moich były prześliczne księżniczki i książęta. Właśnie ostatniego dnia przed świętami przysłali pani te książki. Chodziła po klasie i rozdawała je dzieciom. Nie mogłam się wprost doczekać, kiedy dostanę swoje. Lecz mamusia powiedziała, że nie wolno mi ich czytać, aż dopiero w Wigilię. Zanim wyruszyliśmy do domu, odśpiewaliśmy wszystkie świąteczne pieśni, jakie umieliśmy, a pani powiedziała, że ma nadzieję, że wesoło spędzimy święta. Że będą wesołe - tego byłam pewna!

Britta, Anna i ja pobiegłyśmy do sklepikarza i kupiłyśmy czerwonego, zielonego, żółtego i niebieskiego papieru, gdyż chciałyśmy zrobić koszyczki na choinkę.

Potem poszłyśmy do domu. Było tak jasno i ładnie. W pewnej chwili, po drodze, Britta wyjęła swoją książkę z bajkami. Powąchała ją. Potem powąchaliśmy ją wszyscy po kolei. Nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać. Potem Britta zaczęła czytać swoją książkę. Jej mama też powiedziała, że książki należy schować aż na wieczór wigilijny. Britta tłumaczyła się, że przeczyta tylko mały, malusieńki kawałek. Gdy przeczytała ten kawałek, uważaliśmy wszyscy, że to jest bardzo ciekawe opowiadanie, i poprosiliśmy ją, żeby przeczytała jeszcze kawałeczek. Przeczytała więc jeszcze trochę. Lecz to nic nie pomogło, bo gdy skończyła, byliśmy znów ciekawi dalszego ciągu.

- Muszę się dowiedzieć, czy książę został odczarowany, czy nie - mówił Lasse.

Zmuszona więc była przeczytać jeszcze kawałeczek. Czytaliśmy więc aż do Bullerbyn, a wtedy okazało się, że Britta przeczytała nam całą książeczkę. Powiedziała jednak, że to nic nie szkodzi, bo i tak przeczyta ją jeszcze raz w wieczór wigilijny."


Astrid Lindgren: "Dzieci z Bullerbyn". Nasza Księgarnia, Warszawa 2011, 376 s., tłum. Irena Szuch-Wyszomirska

15 marca 2025

Literatura i... alfabet. Frances Hodgson-Burnett - Leśna Boginka

 W poprzednim poście pisałam o ulubionej książce z mojego dzieciństwa. Dzisiaj fragment o pierwszej książce w ogóle. Nie mojej, a przynajmniej nie tej. 

Zatem... jeśli chcemy czytać sami, musimy zacząć od alfabetu.

"Wszyscy, których życie ukształtowało się pod wpływem literatury, ze wzruszeniem wspominają pierwszą książkę, jaką posiadali. "Książka kwiatów" była taką pierwszą książką w życiu Osóbki. Żadna inna książka nie miała tyle uroku, nie kryła w sobie tyle cudownego piękna, takiego bogactwa opowieści i przygód. A przecież była to tylko książeczka do nauki alfabetu.

Jakaż ona była piękna! Godzinami siedziało się na pufie i przewracało się jej kartki, i zachwycało sę obrazkami przedstawiającymi Anemon dla litery A, Cyklamen dla litery C, Różę dla litery R. [...] 

Z zewnątrz książka przypominała brązową Biblię. Była mała i gruba, z dużą, wyraźną czcionką. Stroniczki podzielone były na pół; górę zajmowało prostokątne czarne tło, na którym widniał kwiatek, w dolnej połowie mieściły się cztery rymowane linijki tekstu, z których każda zaczynała się od tej samej litery, co nazwa kwiatka. Czarne tło było jak poezja, jak natchnienie; ono wydobywało urodę kwiatka. Nie pamiętam już wierszyków, choć wydaje mi się, że traktowały o przymiotach moralnych, przypisywanych danemu kwiatkowi. [...] 

Osóbce nigdy nie przyszło do głowy, by kwestionować moralne atrybuty kwiatów. Przyjmowała te nauki do wiadomości, choć wydaje mi się, że robiły ona na niej dużo mniejsze wrażenie niż piękne kolorowe ilustracje namalowane na prostokątnym czarnym tle." 



Zapewne to ta książeczka tak urzekła dziewczynkę:

Okładka
Pierwsza strona - literka A

Frances Hodgson-Burnett: "Leśna Boginka". Nasza Księgarnia, Warszawa 1996, s. 19-21, tłum. Alicja Skarbińska


14 marca 2025

Literatura i... pierwszy kontakt z książką. Anthony Doerr - Miasto w chmurach

Nie pamiętam swojego pierwszego kontaktu z książką. W sposób naturalny były obok mnie od zawsze. Ale  kiedyś dawno...

"Jak zahipnotyzowana zbliża się do ściany domu, wspina się na murek i zagląda przez szpary w okiennicy. W środku czterech ubranych w kaftany chłopców siedzi wokół starca z wolem jak balon. Chłopcy monotonnie powtarzają wersy, mężczyzna zaś manipuluje przy czymś, co wygląda jak arkusze pergaminu na kolanach, i Anna pochyla się na tyle blisko, na ile wystarcza jej odwagi.

Tylko dwa razy jak dotąd widziała książki: oprawioną w skórę, połyskująca klejnotami Biblię, niesioną główną nawą przez starszych księży w klasztorze Świętej Teofano; oraz księgę medyczną na targu, którą zielarz zatrzasnął jej przed nosem, gdy próbowała zajrzeć do środka. Ta wygląda na starszą i bardziej zniszczoną: litery tłoczą się na pergaminie jak ślady setki nadbrzeżnych ptaków."

Anthony Doerr - Miasto w chmurach. Wydawnictwo Poznańskie 2022, s. 52-53; przekład Jerzego Kozłowskiego

Literatura i... wolność w samotności. Sylvain Tesson - "W syberyjskich lasach, luty - lipiec 2010 r."

Pierwszy zapisek Sylvaina jest datowany na 9 lutego, ostatni na 28 lipca 2010 roku.

Cytaty uzupełniam datą notatki, w tym przypadku czas ma znaczenie. Zauważyłam dopiero przy spisywaniu tych cytatów, że najwięcej rozważań ogólnych przypada na początkowy okres pobytu Sylvaina w chacie nad Bajkałem... 

- " Zawsze ta pokusa, by zawrócić, kiedy upragniona rzecz jest w zasięgu ręki." [9 lutego, s. 16]

- "Okno służy do tego, by piękno mogło wejść do środka, a inspiracja znaleźć ujście na zewnątrz." [19 lutego, s. 33]

- "Samotność jest ojczyzną zaludnioną wspomnieniami o innych ludziach." [23 lutego, s. 38]

- "Istnieje zależność proporcjonalna między ilością posiadanych rzeczy i przywiązaniem, jakim się je darzy." [28 lutego, s. 46]

- "Człowiek wolny panuje nad czasem. Człowiek, który ma władzę nad przestrzenią, jest po prostu potężny. W mieście wymykają się nam minuty, godziny, lata. Płyną z rany krwawiącego czasu. W chacie czas się uspokaja. Kładzie się u waszych stóp jak stary poczciwy pies i nagle zapominacie o jego istnieniu. Jestem wolny, ponieważ takie są moje dni." [3 marca, s. 55]

- "Aby osiągnąć uczucie wewnętrznej wolności, potrzeba wielkich przestrzeni i samotności. Do tego dodać panowanie nad czasem, kompletną ciszę, surowość egzystencji i wspaniały pejzaż wokół. Suma tych zdobyczy równa się życiu w chacie." [11 marca, s. 71]

- "Wieczorem przebija się słońce i śnieg przybiera stalowy odcień. Płaszczyzny lśnią jak rtęć. Próbuję robić zdjęcie tego zjawiska, ale obraz nie oddaje jego blasku. Próżność fotografii. Ekran redukuje rzeczywistość do jej wartości euklidesowej. Zabija substancję rzeczy, spłaszcza jej miąższ. Rzeczywistość rozbija się o ekrany. Opętany obrazem świat pozbawia się możliwości poznania tajemniczych emanacji życia. Żaden obiektyw nie uchwyci wspomnień obudzonych w naszym sercu przez pejzaż. Jaki aparat odda negatywną energię czy nieuchwytną przychylność, emanującą z czyjejś twarzy?" [17 marca, s. 79]

- "Nic nie może się równać z samotnością. Do szczęścia brak mi jedynie kogoś, komu mógłbym to powiedzieć." [15 kwietnia, s. 113]

- "Ludzie, którzy boleśnie odczuwają ucieczkę czasu, nie znoszą siedzenia w jednym miejscu. W ruchu znajdują ukojenie. Przesuwanie się przestrzeni daje im wrażenie spowolnienia czasu, ich życie zaczyna przypominać taniec świętego Wita. Szastają się po świecie." [26 maja, s. 149]

- "Wspaniałość nie nuży..." [26 maja, s. 150]

- "Kochać to znaczy przyznawać wartość temu, czego nigdy nie będziemy mogli poznać, a nie wielbić swoje własne odbicie w twarzy bliźniego." [31 maja, s. 154]

- "Odbicie w wodzie jest piękniejsze niż rzeczywistość. Woda zapładnia obraz tajemniczością i głębią. Wibracja powierzchni sytuuje wizję na granicy snu." [5 czerwca, s. 163]

- "Natura ociera się o kicz, ale nigdy nim nie jest." [8 lipca, s. 193]

- "Żaden ptak nie śpiewa. Żadnej zmarszczki na jeziorze. Mgła połknęła świat." [21 lipca, s. 204]

- "Oko nigdy się nie nuży widokiem piękna." [26 lipca, s. 206]


 Sylvain Tesson - W syberyjskich lasach, luty - lipiec 2010 r.. Noir Sur Blanc, Warszawa 2013, numer strony podany przy każdym cytacie. Przekład Anny Michalskiej


13 marca 2025

Literatura i... muzyka. Roddy Doyle - Kobieta, która wpadała na drzwi

 

Kobieta, która wpadła na drzwi
"Kocham muzykę. Jest jeden dom, który sprzątam w poniedziałki, w Clontarf; mają tam genialną kolekcję kompaktów, wszystkie przeboje z lat siedemdziesiątych. Poprosiłam właścicielkę, żeby mi pokazała, jak się to obsługuje. Zgodziła się bez problemu. Lubię ją, właścicielkę. Jesteśmy w tym samym wieku. W dzieciństwie chodziłyśmy na te same tańce. Nie pamiętam jej. Wyszła za lekarza. Ja wyszłam za Charla. Mott the Hoople. Bad Company. Sparks. Queen - wszystko to mają. Może przyniosę kiedyś magnetofon i przegram trochę ich skarbów. Kompakty są super; bardzo eleganckie. Uwielbiam kolory. Już po opakowaniu widać, że kompakty są drogie. Uwielbiam to, że naciskasz guzik i leci ten kawałek, co chcesz. Nie zliczę, ile płyt porysowałam i zepsułam, kiedy byłam schlana.
   She is as sweet as Tupelo honey... *
   Charlo mi to śpiewał na kolanach.
   She's an angel of the first degree... **
   Właśnie rozdeptał pszczołę. Usłyszeliśmy chrupot i ryknęliśmy śmiechem. Na asfaltowym placu zabaw. Nie pamiętam, kiedy to było, ale chyba nie chodziliśmy jeszcze ze sobą zbyt długo.
   - Myślałem, że odleci - bronił się Charlo.
   - To mogła być królowa.
   - W każdym razie nie żyje. Wieczny odpoczynek racz jej dać panie.
   She is as sweet as Tupelo honey.
   Lubię Van Morrisona.
   Just like honey baby from the bee... ***
   Kocham muzykę. Ci z Clontarf mają głośniki w całym domu i zero dzieci. Prawie nie ma co sprzątać. Czas szybciej zlatuje, kiedy się słucha muzyki.
   You can take all the tea in China...
   Put it in a big brown bag for me... ****
   Moja szmata sunie po kredensie. Szczotka goni po muszli klozetowej. Van Morrison to mój ulubieniec. Fajnie byłoby mieć walkmana, mogłabym wieczorami słuchać muzyki w innych domach i biurach. Widziałam całkiem niedrogie. I w drodze powrotnej pociągiem. Fajnie byłoby zamknąć oczy i odpłynąć, słuchając.
   You can take all the in China...
   Wracają wspomnienia, kiedy słucham. Muzyka je przywołuje. To jedno można powiedzieć o moim życiu: ma genialną ścieżkę dźwiękową."

....................................
She is as sweet... - "Jest słodka jak miód z Tupelo". Tupelo - piosenka Van Morrisona.
** She is an angel... - "Jest pierwszej klasy aniołem..."
*** Just like honey... - "Jak miód od pszczoły..."
**** You can take... - "Możesz wziąć całą herbatę Chin... / Włożyć ją dla mnie do dużej brązowej torby


Van Morrison


Roddy Doyle: "Kobieta, która wpadała na drzwi". Wydawnictwo Zysk i S-Ka, Poznań 2002, s. 89 - 91, tłum. Tomasz Bieroń

Literatura i... muzyka. Krystyna Siesicka - Beethoven i dżinsy

Krystyna Siesicka. 

Na sam dźwięk tego nazwiska uśmiecham się do swoich nastoletnich wspomnień, do polowania na powieści Siesickiej, do czytania po nocach, bo już inne koleżanki czekały niecierpliwie na swoją kolej.

Powieść "Beethoven i dżinsy" była spośród książek Siesickiej tą ulubioną.


 "Melodia złagodniała, by po chwili znowu ogarnąć salę Filharmonii gwałtownym zrywem. Stefan Lenkiewicz otworzył oczy i spojrzał w bok. Asia siedziała przy nim z głową lekko wysuniętą do przodu, z uchylonymi ustami, pogrążona w całkowitym zasłuchaniu. Dlatego lubił te koncerty, dlatego na nie chodził. Nie interesowała go muzyka ani wykonawcy, jedynie twarz Asi uwolniona od trudu codzienności, jeszcze jeden instrument na tej sali. To była twarz, która grała. Drżeniem ust, zmrużeniem oczu, leciutkimi skurczami policzków. Chwilami Lenkiewicz opuszczał głowę nieomal zawstydzony, że znowu nie oparł się pokusie i podejrzewał Asię w tej absolutnej intymnej czynności, którą było dla niej słuchanie dobrego koncertu.

Oboje, Miśka i Alek, byli podobni do Asi. Jednakże rysom, które po niej odziedziczyli, towarzyszyła twardość Stefana, twarz Asi była bowiem delikatna i łagodna. Obserwując swoje dzieci, Lenkiewicz często szukał w ich spojrzeniach, uśmiechach, gestach tego wszystkiego, co przypominało mu Asię, bo nie było w świecie istoty, którą byłby w stanie bardziej kochać niż ją.

Pałeczka dyrygenta nagle znieruchomiała. Asia nie biła brawa, przeciwnie, opuściła nisko głowę, jakby przytłoczona odgłosem uderzających o siebie dłoni. Nie umiała tak łatwo jak inni wydobyć się ze stanu wewnętrznej koncentracji i Lenkiewicz położył rękę na jej ramieniu, przypominając w ten sposób o istnieniu świata. Asia popatrzyła na niego spojrzeniem na wpół skierowanym w głąb siebie, ale już na tyle obecna, żeby powiedzieć z nikłym uśmiechem:

- Pójdziemy chyba, Stefan..."

Krystyna Siesicka - Beethoven i dżinsy. Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2003, 110 s.

12 marca 2025

Literatura i... mural. Antoine de Saint-Exupéry

 


Antoine de Saint-Exupéry - "Mały książę"

Pomysłodawcą muralu jest Stowarzyszenie na Rzecz Osób Niepełnosprawnych "Otwarte Drzwi", a jego autorem i wykonawcą jest prezes zarządu Sławomir Wrembel wraz z uczniami Niepublicznej Szkoły Podstawowej "Otwarte Drzwi".

Odsłonięcie odbyło się 8 września 2019.

Stare Miasto, ul. Ogrodowa, zdjęcie zrobiłam 19 lipca 2021

11 marca 2025

Literatura i... mural. Zbigniew Herbert

Zbigniew Herbert - Nigdy o tobie

Mural powstał w styczniu 2015 roku i znajduje się na ścianie kamienicy stojącej u zbiegu ulic Dąbrowskiego i Kościelnej.

Zdjęcie zrobiłam 15 grudnia 2018.

Literatura i... muzyka. Jón Kalman Stefánsson - Niebo i piekło



"Prawie codziennie gra na organach. Bacha, Chopina, Mozarta, ale także improwizuje o tęsknocie i poczuciu winy. Ta muzyka jest niepodobna do niczego innego. Jest deszczem, który spada na pustynię, blaskiem słońca, które rozświetla serce, i nocą, która nas pociesza. Muzyka łączy ludzi i dlatego też Snorri nie zawsze jest samotny. Nie jest samotny, gdy naciska pedały organów, gdy przesuwa smyczkiem po strunach starych skrzypiec, których najwyższe tony są tak czyste i ostre, że mogłyby przeciąć ludzkie serce."

Jón Kalman Stefánsson - Niebo i piekło. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011, s. 82-83; przekład Przemysława Czarneckiego

Literatura i... książka w książce. Adeline Yen Mah - Chiński Kopciuszek

 Dzisiaj czytelnicze spotkanie dwóch bardzo różnych światów: w autobiograficznej opowieści Adeline Yen Mah, "Chiński Kopciuszek" jest wzruszający opis tego, jak wielkie znaczenie dla chińskiej dziewczynki, zaniedbywanej i upokarzanej przez rodzinę i całe otoczenie tylko dlatego, że urodziła się dziewczynką, miało przeczytanie o smutnych losach dzielnej Sary, bohaterki "Małej księżniczki" Frances Hodgson-Burnett: 


"Właśnie wtedy Wu Chun-mei pożyczyła mi książkę pod tytułem „Mała księżniczka”, przetłumaczoną na chiński z angielskiego. Powiedziała, że to jedna z jej ulubionych powieści i że została napisana przez angielską autorkę Frances Hodgson Burnett. Ta opowieść o siedmioletniej osieroconej Sarze Crew, która życie zaczęła jako dziedziczka, a w ciągu jednej nocy stała się posługaczką bez grosza, ale w końcu odmieniła swój los dzięki własnym wysiłkom, porwała moją wyobraźnię jak żadna inna książka dotąd. Czytałam ją ciągle od początku, cierpiałam wraz z upokorzoną Sarą, płakałam nad jej rozpaczą, żałowałam utraty ojca i rozkoszowałam się końcowym tryumfem. Zatrzymałam ją na tak długo, że w końcu Wu Chun-mei zniecierpliwiła się i zażądała zwrotu. Pochodząc z bezpiecznego, szczęśliwego domu, Wu Chun-mei nie mogła pojąć, jakie wrażenie wywarła na mnie ta książka i jaką przyniosła mi nadzieję. Po raz pierwszy zrozumiałam, że dorośli mogą się mylić w swoich ocenach co do dziecka. Jeżeli będę się starać tak, jak Sara, żeby wewnętrznie stać się księżniczką, może także i ja będę potrafiła zmienić tę kiepską opinię, jaką wszyscy w domu mieli na mój temat.

Nie chcąc tracić z oczu tego dopiero co znalezionego skarbu, błagałam, żebym mogła ją zatrzymać jeszcze przez dwa tygodnie. Z wielkim nakładem sił i zawziętości przez ten błogosławiony czas przepisałam książkę słowo po słowie do zeszytów, a jej fragmentów nauczyłam się na pamięć. Spałam z zeszytami pod poduszką, aż manuskrypt w końcu całkiem się wystrzępił."


Adeline Yen Mah: "Chiński Kopciuszek : sekretna historia niechcianej córki". Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2004, 185 s. tłum. Joanna Orska.

Zdjęcie okładki "Chińskiego Kopciuszka" pochodzi ze strony poczytaj.pl, a "Małej księżniczki" ze strony Wydawnictwa SARA.

Literatura i.... pasja czytania. Maria Pruszkowska - Przyślę Panu list i klucz

 

Okładka
Ja wiem, że ta książka już tu, na blogu, się pojawiła, ale tak właściwie, to z niej samej mogłabym zrealizować zakładaną ilość publikacji w miesiącu.  "Przyślę panu list i klucz" Marii Pruszkowskiej jest moją pierwszą książką o książkach. I do dzisiaj jedną z ulubionych.

Rodzina całkiem przeciętna, na pierwszy rzut oka, ale jaka nieprzeciętna. Wszyscy czytają, całymi dniami, a i niejedną noc spędzili na czytaniu. A mimo to powieść Pruszkowskiej wcale nie jest nudna. Praktycznie mogłabym niemal całą książkę tu przepisać i każde słowo by było na temat - czytania, książek, bohaterów literackich. Postanowiłam jednak ograniczyć ilość fragmentów do trzech. Wybór dwóch z nich był z góry przesądzony, ale jak z pozostałych wybrać ten trzeci? Nie było łatwo... :-)

Okładka
Jakoś do ostatniej chwili nic mogłam się zdecydować, co zabrać, i ciągle to wyjmowałam książki z szafki, to wkładałam, to znów wyjmowałam inne. I w tym momencie wpadłam na dobry pomysł, żeby pożyczyć Trędowatą od Stefy. Była to jej jedyna książka poza książeczką do nabożeństwa. [...] 
Toteż natychmiast gdy pociąg ruszył i zniknął mi z oczu Ojciec powiewający wielką płachtą chustki do nosa — pożegnania na peronach lubił odgrywać ostentacyjnie — zabrałam się do czytania. W przedziale jechał jakiś ksiądz, pani z dziewczynką w moim wieku i jeszcze parę osób. Zresztą szybko cały przedział i pociąg, i podróż, i wszystko, co się mnie tyczyło, znikło mi sprzed oczu wobec czarownej historii Stefci Rudeckiej, która zaczęła się przede mną rozgrywać na kartach czytanej książki.[...] 
Z wypiekami na twarzy gnałam przez książkę bez tchu z jedną myślą: co dalej? zapominając zupełnie o paczce z prowiantem uszykowanej przez Stefcię na drogę. 
Z początku przeszkadzali mi moi towarzysze podróży. Ksiądz parę razy przerwał mi czytanie trapiąc się rychłą utratą mego wzroku. A ta pani, która, jak widziałam w Warszawie, mizdrzyła się do Ojca, usiłowała teraz nawiązać ze mną rozmowę i zaznajomić ze swoją córką, żeby nam się droga do Zakopanego nie dłużyła. 
Nie dłużyła!!! 
Odburkiwałam coś nieprzytomnie. Zrażeni więc moją nieuprzejmością, współtowarzysze podróży przestali się mną interesować. 
Nie czułam głodu, nie czułam, że ścierpłam, siedząc ciągle w jednej pozycji. Nie czułam też wstydu, gdy zorientowałam się, że w moim sercu nie ma już miejsca ani dla Nienaskiego, ani dla Przełęckiego i że całe moje serce oddane jest Waldemarowi ordynatowi Michorowskiemu. [...] 
W tym miejscu okazało się, że pociąg wjechał w góry, więc wszyscy zaczęli się miotać przy oknach i podziwiać tak zwane „widoki”. I znów zaczęli mnie zaczepiać, żebym podziwiała razem z nimi. Odburknęłam, że tą drogą jeżdżę dwa razy w tygodniu i znam każdy krzak. No bo jeśli dwanaście lat przeżyłam bez widoku gór, to mogę przeżyć jeszcze dwie godziny, a od tej książki nie oderwie mnie żadna siła. Toteż przesiadłam się w drugi kąt przedziału oddając im okno. [...] 
Stefcia Rudecka umarła! 
Oparłam głowę o książkę i zalałam się tak rozpaczliwymi łzami, że całe towarzystwo odskoczyło od okna i rzuciło się do mnie usiłując się dowiedzieć, dlaczego płaczę. A przecież nie mogłam z nimi rozmawiać o tak subtelnych sprawach. Ukryłam więc głowę w czyjś płaszcz wiszący koło mnie i łkałam. Ksiądz zaczął szeptać do tej pani z dziewczynką, iż przewidywał, że z tym dziwnym dzieckiem będą w drodze kłopoty. 
Nareszcie pociąg zwolnił i stanął. Było to już Zakopane. Jak nieprzytomna włożyłam płaszcz i beret, wzięłam walizkę, ktoś wepchnął mi w drugą rękę paczkę z nieruszonym prowiantem na drogę. 
Matka na widok mojej zapuchniętej z płaczu twarzy przeraziła się ogromnie i, jak to czynią wszystkie matki na świecie, chwyciła mnie w ramiona, toteż rozszlochałam się jeszcze bardziej. Ponieważ na żadne z jej przerażonych pytań nie mogłam odpowiedzieć, Matka wepchnęła mnie do bufetu stacyjnego. Naokoło nas rozstępowali się ludzie z bardzo współczującymi twarzami. W bufecie Matka kazała mi wypić trochę wody sodowej i zaczęła się dopytywać: 
— Bój się Boga... — tak zaczynała zawsze, gdy była zdenerwowana. — Bój się Boga. Co się stało? 
— Stefcia umarła — odpowiedziałam dzwoniąc zębami o szklankę. 
[s. 45-47]


Zdjęcie
Wróciłyśmy o północku obładowane książkami. Od rana też rozłożyłyśmy się z warsztatem pracy na werandzie. Czytałyśmy głośno na zmianę z zegarkiem w ręku. Ta, która nie czytała, zapisywała wszelkie szczegóły i szczególiki, które po każdym rozdziale powtarzałyśmy sobie, wypytując się nawzajem. Poza tym szykowałyśmy łapanki na wujka, bo w programie turnieju zostało ustalone, że i my będziemy zadawały pytania. [...]
Dwa tygodnie obkuwałyśmy się, jakby do jakiegoś straszliwego egzaminu, przesiadując całe dnie na werandzie, obłożone książkami i notatkami. 
[s. 77-78]


Okładka
Są książki, które się czyta.
Są książki, które się pochłania.
Są książki, które pochłaniają czytającego.
Dla mnie właśnie Przeminęło z wiatrem było taką książką. 
Czytałam przez całą noc. Zaczęło się robić widno, gdy zasnęłam. Obudziłam się o dziesiątej. Nie było więc sensu iść o tak późnej porze do biura. Wobec tego zjadłam śniadanie i wróciłam do łóżka czytać dalej. Trapiła mnie co prawda myśl o sprzątaniu mieszkania, ale miałam przed sobą całe popołudnie. O godzinie piątej wypędził mnie z łóżka głód i miauczenie Ptolka. Nałożyłam więc na nocną koszulę prochowiec i wyskoczyłam do najbliższego sklepiku po kiełbasę, bułki i mleko.
Pokrzepiona na ciele, pokrzepiałam się na duchu myślą, że posprzątam w niedzielę rano.
Do której godziny w nocy czytałam, nie wiem, bo stanął nienakręcony zegarek. O której godzinie obudziłam się w niedzielę, też nie wiem, z tego samego powodu. Do jedzenia miałam w domu już tylko dwie tabliczki czekolady. Całe szczęście, że Ptolemeusz lubił czekoladę, tak samo jak ja. Postanowiłam więc spokojnie skończyć książkę, a zostało mi zaledwie około stu stron, i potem oddać się sprzątaniu i szykowaniu na dansing. Zbliżałam się już do końca tej fascynującej powieści, gdy ktoś zaczął się dobijać do drzwi. Odruchowo, myślą tkwiąc cały czas w książce, podniosłam się i otworzyłam. 
Przed drzwiami stali Mizia z Połanieckim. Uśmiechnięci, weseli i wyelegantowani. 
[s. 113-114]


Maria Pruszkowska: "Przyślę panu list i klucz". Wydawnictwo Formicula, Kraków 2009.

Literatura i... dżungla. Luis Sepúlveda - O starym człowieku, co czytał romanse

 Dżungla amazońska jest piękna, ale groźna. Ktoś, kto jej nie zna i nie szanuje jej praw, nie ma szans na przetrwanie. Antonio José Bolívar nie jest tubylcem, ale dzięki Shuarom poznał tajniki życia w tym środowisku. Shuarowie akceptowali jego obecność wśród nich do chwili, gdy nieświadomie naruszył zasady odwiecznego rytuału z pogranicza życia i śmierci. W jaki sposób i jakie to miało skutki dla Starego można przeczytać w książce chilijskiego pisarza Luisa Sepúlvedy "O starym człowieku, co czytał romanse". Dlaczego akurat romanse? Dlaczego żyjący w wymagającym hartu i wytrwałości i niesprzyjającym lekturze otoczeniu mężczyzna czytał powieści, uznawane powszechnie za niemęskie? Czego w nich szukał? 

"Antonio José Bolívar nie mógł oderwać oczu od książki w rękach duchownego. Cierpliwie poczekał, aż ksiądz, zmorzony snem, wypuści ją z ręki.

Była to biografia świętego Franciszka. Zaczął ją przeglądać ukradkiem, z uczuciem, że popełnia czyn grzeszny.

Sylabizował z trudem i chcąc lepiej zrozumieć wszystko, co było tam napisane, począł odczytywać półgłosem rozszyfrowane słowa.

  Ksiądz obudził się i rozbawiony patrzył, jak Antonio José Bolívar siedzi z nosem w książce.

  - Ciekawe? - zapytał.

  - Przepraszam, eminencjo. Widziałem, że ksiądz śpi, więc nie chciałem przeszkadzać.

  - Ciekawi cię to? - powtórzył ksiądz.

  - Zdaje mi się, że tam jest dużo o zwierzętach - odpowiedział nieśmiało.

  - Święty Franciszek kochał zwierzęta. Wszystkie boskie stworzenia.

  - Ja też je kocham. Na swój sposób. Czy ksiądz zna świętego Franciszka?

  - Nie. Bóg pozbawił mnie tej przyjemności. Święty Franciszek zmarł bardzo dawno temu. To znaczy opuścił ziemski padół i teraz żyje wiecznie obok Stwórcy.

  - Skąd ksiądz to wie?

  - Bo już czytałem tę książkę. To jedna z moich ulubionych lektur.

  Duchowny wymawiał te słowa uroczyście, gładząc wytartą okładkę. Antonio José Bolívar patrzył na niego jak urzeczony i poczuł, że kiełkuje w nim zazdrość.

  - Przeczytał ksiądz dużo książek?

  - Sporo. Kiedyś, kiedy jeszcze byłem młody i oczy mi się tak nie męczyły, połykałem każdą książkę, jaka wpadła mi w ręce.

  - Czy wszystkie książki mówią o świętych?

  - Nie. Na świecie są miliony książek. We wszystkich językach i na wszystkie tematy, nawet na takie, które powinny być zakazane.

  Antonio José Bolívar nie zrozumiał, czego miał dotyczyć ten zakaz i wciąż stał ze wzrokiem wbitym w białe i pulchne ręce księdza na ciemnej okładce.

  - A o czym są inne książki?

  - Przecież mówię. O wszystkim. Są książki przygodowe, naukowe, historie sławnych ludzi, o technice, o miłości...

  Ten ostatni temat zainteresował go. [...]

  - Jakie są te książki o miłości?

  - Boję się, że na ten temat niewiele ci mogę powiedzieć. Czytałem tylko kilka.

  - Nie szkodzi. Jakie one są?

  - No więc mówią o historii dwojga ludzi, którzy się spotykają, kochają i walczą z przeciwnościami losu o swoje szczęście."

[s. 46-47]

Tak zaczęło się dla Antonia obcowanie z książkami, czytanymi mozolnie, ale z wielkim zaangażowaniem, bowiem "mówiły o miłości w tak pięknych słowach, że czasem pozwalały zapomnieć o ludzkim barbarzyństwie".

[s. 98]


Luis Sepúlveda: "O starym człowieku, co czytał romanse". Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2006, 99 s., tłum. Elżbieta Komarnicka


Literatura i... mural. Stanisław Barańczak - A tak niewiele brakowało

 Stanisław Barańczak - "A tak niewiele brakowało"

 


Mural autorstwa  Wojciecha Wołyńskiego znajduje się na ścianie Collegium Novum UAM, Alma Mater Poety, od strony ulicy Powstańców Wielkopolskich, i został odsłonięty 18 października 2016 roku.

Samolocik zawiera pierwszą część wiersza "A tak niewiele brakowało":

A tak niewiele brakowało: mogłem

po prostu wraz z innymi podnieść rękę,

po prostu wraz z innymi ją opuścić –

aby w tej samej chwili wrosła ciężkim

łokciem w zielone sukno prezydialnych stołów,

w skórę wyściełającą przepastne siedzenia

czarnych limuzyn, w polakierowane

pulpity mównic, w bankietową biel

obrusów[...]

Zdjęcie zrobiłam 25 września 2018

10 marca 2025

Literatura i... mól książkowy. Carl Spitzweg - Der Bücherwurm

 Zawsze muszę się uśmiechnąć, gdy widzę obraz "Der Bücherwurm" Carla Spitzwega. Wspaniała biblioteczka, półki regałów uginające się pod ciężarem wielu ksiąg..., we fraczku siwowłosy pan, który nawet nie zszedł z drabinki, żeby nie tracić czasu, bo musiał czytać już, od razu.


Całkiem niedawno zobaczyłam "ten" obraz w innej wersji, autorstwa Gerharda Herderera. "Moderner  Bücherwurm" jest bardzo podobny na pierwszy rzut oka, też są regały, jest siwowłosy pan w garniturze, stoi na drabince i, tak jak tamten, jest zaczytany... 

Ale gdzie są te księgi?? No tak, wszystko się wyjaśnia, gdy spojrzymy uważniej na "książkę", którą ten pan trzyma w ręce... 


Idzie nowe, książki drukowane znikają z półek, zastępowane przez ebooki i audiobooki. Bo wygodniej, bo nowocześniej, bo nie trzeba nosić ciężkiego papieru, bo słuchać można na ulicy i w tramwaju, a przecież na czytanie nigdy nie ma czasu... Rozumiem, rozumiem... Trzeba iść z duchem czasu...  A jednak mi żal... I mam nadzieję, że jeszcze długo nie będziemy mówić o drukowanych książkach jako o reliktach przeszłości. Bo wtedy pozostanie mi już tylko zanucić za Bułatem Okudżawą...


Co było, nie wróci i szaty rozdzierać by próżno, 

Cóż, każda epoka ma własny porządek i ład,

A przecież mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin...


[Zdjęcie obrazu "Der Bücherwurm" pochodzi ze strony scc.pinehurst, natomiast to drugie znalazłam tutaj]